Rozdział dedykuję mojej kochanej Oli <3
CZYTASZ = KKOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ
Proszę o przeczytanie notki <3
Leon
Tyle wystarczy. - szepnęła mi na ucho.
- No, ale... - nie dane mi było skończyć.
- Nie ma żadnego ,,ale". - uśmiechnęła się szyderczo.
Zacząłem przeklinać cicho pod nosem, tylko tak żeby nie usłyszała.
- To co będziemy robić? - zapytałem.
- Yyy... No nie wiem, a co chcesz porobić? - ooo ktoś tu kogoś chce kusić? Nie ładnie...
- No na przykład możemy coś zrobić do jedzenia, bo głodny jestem. - oznajmiłem patrząc na nią błagalnie.
- Dobrze głodomorze. - zaśmiała się.
Podniosłem się z kanapy i pociągnąłem drobną szatynkę za sobą do kuchni.
- To na co mój tygrysek ma ochotę? - zachichotała słodko.
- Może na pizzę. - zaproponowałem, mam wrażenie, że ona coś knuje tylko ja nie wiem co.
- Dobrze. - uśmiechnęła się uwodzicielsko. Zaraz, zaraz uwodzicielsko? Dziwne, ale ok.
Zabraliśmy się do roboty i po około godzinie jedzenie było w piekarniku. Dziewczyna usiadła na blacie stołu i wpatrywała się we mnie swoimi czekoladowymi tęczówkami i przygryzała wargę. Czyżby prowokowała mnie? Verdas bądź twardy... Bądź twardy...O kurwa nie potrafię.
Podeszłem do sztynki i brutalnie wbiłem się w jej rozgrzane wargi, nie mogąc opanować własnego pragnienia. Ona zachłannie i desperacko oddawała pieszczotę, swoje palce włożyła w moje włosy. Błądziła w nich, a ja swoimi rękami jeździłem po udach dziewczyny. Brązowooka przyciągnęła mnie bliżej siebie za koszulę i owinęła swoje nogi wokół pasa. Podniosłem ją i zacząłem kierować się w stronę sypialni Castillo. Violetta zaczęła rozpinać moją koszulę nie odrywając się ode mnie. Kiedy byłem przy odpowiednich drzwiach otworzyłem je popychając nogą i weszłem do środka, rzuciłem drobną szatynkę na łóżko. Rozpiąłem do końca koszulę i chwilę potem leżała na ziemi. Zawisłem nad dziewczyną i dalej ją całowałem powoli schodząc do szyi. Wróciłem do ust Castillo i pieściłem je rozpinając jej koszulę. Nagle usłyszałem dźwięk telefonu. Cholera.
- Misiu odbierz. - oznajmiła z powrotem zapinając koszulkę.
- No dobra... - odpowiedziałem sięgając do kieszeni spodni.
L: Halo?
F: Stary mam extra plan.
L: Na co?
F: No na urodziny Violetty.
L: Cicho siedź później zadzwonię.
F: Ale czemu?
L: Jestem u Vilu.
F: Aaaa... Ok to nara.
L: Cześć.
Zakończyłem połączenie i wsadziłem urządzenie do kieszeni spodni, podniosłem z ziemi koszulę w zieloną kratę i założyłem na siebie z powrotem zapinając guziki. Zauważyłem, że Castillo mi się przygląda z zaciekawieniem.
- Czemu mi się tak przyglądasz? - zapytałem unosząc jedną brew do góry.
- Yyy... - zacięła się haha. - no, bo ten no... Ciekawi mnie z kim rozmawiałeś. - ,,wytłumaczyła się". Ta już ci wierzę...
- Z Fede. - odpowiedziałem.
- A o czym? - kurwa mać znowu muszę jej nakłamać.
- Chciał się spotkać, ale powiedziałem mu żeby zadzwonił później. - wymyśliłem coś na szybko. Chyba uwierzyła...
- Jak chcesz to możesz z nim się spotkać. - powiedziała z bladym uśmiechem.
- Nie chce mi się, wolę ten czas spędzić z tobą. Może jutro. - powiedziałem uśmiechając się.
Nie powiem jej, że szykuję dla niej niespodzianki z okazji urodzin.
- Okej. To co robimy? - posmutniała. Kotek nie smutaj... Ty jeszcze nie wiesz co dla ciebie jutro szykuje.
- O cholera! Nasza pizza! Chodź! - krzyknąłem i złapałem szatynkę za rękę ciągnąc w kierunku schodów, a potem kuchni.
- Uff... Nie spaliła się... - odetchnąłem z ulgą.
- Kochanie gdyby się spaliła zamówilibyśmy z Pizzerii. - zaśmiała się. moja mina musiała być w tym momencie przekomiczna.
- Hahahahahahahaha! - zaczęła się ze mnie śmiać. Po krótkiej chwili sam do niej się dołączyłem.
Śmialiśmy się dobre 10 minut, aż w końcu Violetta postanowiła się ogarnąć,
- Dobra koniec! - krzyknęła szatynka.
- Okeeeej! - krzyknąłem dalej się śmiejąc.
- Ugh... Czy ciebie zawsze trzeba tak uciszać? - obróciła się do mnie przodem i wbiła się w moje usta. Och uciszaj mnie tak zawsze...
Całowaliśmy się tak puki nie zabrakło nam powietrza.
- Będziesz już cicho? - zapyta uroczo się uśmiechając.
- Jasne. - odwzajemniłem jej uśmiech.
*** Następny dzień ***
Leon
Wstałem rano, wykonałem poranne czynności i ruszyłem z ręcznikiem zawiązanym w pasie do mojej szafy. Dzisiaj jest ten dzień. 18 grudzień... Czyli urodziny Violi... Wybrałem jeansową koszulę i czarne rurki, założyłem czarne bokserki i wybrane ubrania. Zeszłem na dół i zrobiłem sobie kanapki z pomidorem, po czym zacząłem konsumować. Wróciłem na górę i ruszyłem do łazienki układać moje włosy.
Po 20 minutach były miej więcej w ładzie. Umyłem zęby, zeszłem po schodach do przedpokoju i założyłem granatowe, krótkie Conversy. Zakluczyłem drzwi i ruszyłem w stronę tymczasowegp domu mojej dziewczyny i jej przyjaciółek.
Po 5 minutach byłem na posesji Francesci. Tak jeszcze tam mieszkają dziewczyny, 21 grudnia przeprowadzają się do wyremontowanego domu Violi...
****
Hejka <3
Witam was w ten piątkowy wieczór ^^
Przepraszam, że w tamtym tygodniu nie było rozdziału :c
Nie miałam weny i było strasznie dużo nauki... Chyba rozumiecie... Tak więc jeszcze raz przepraszam! Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba ;DD
Kocham
Całuję
Pozdrawiam ;*
Ally ♥♥♥
- To co będziemy robić? - zapytałem.
- Yyy... No nie wiem, a co chcesz porobić? - ooo ktoś tu kogoś chce kusić? Nie ładnie...
- No na przykład możemy coś zrobić do jedzenia, bo głodny jestem. - oznajmiłem patrząc na nią błagalnie.
- Dobrze głodomorze. - zaśmiała się.
Podniosłem się z kanapy i pociągnąłem drobną szatynkę za sobą do kuchni.
- To na co mój tygrysek ma ochotę? - zachichotała słodko.
- Może na pizzę. - zaproponowałem, mam wrażenie, że ona coś knuje tylko ja nie wiem co.
- Dobrze. - uśmiechnęła się uwodzicielsko. Zaraz, zaraz uwodzicielsko? Dziwne, ale ok.
Zabraliśmy się do roboty i po około godzinie jedzenie było w piekarniku. Dziewczyna usiadła na blacie stołu i wpatrywała się we mnie swoimi czekoladowymi tęczówkami i przygryzała wargę. Czyżby prowokowała mnie? Verdas bądź twardy... Bądź twardy...O kurwa nie potrafię.
Podeszłem do sztynki i brutalnie wbiłem się w jej rozgrzane wargi, nie mogąc opanować własnego pragnienia. Ona zachłannie i desperacko oddawała pieszczotę, swoje palce włożyła w moje włosy. Błądziła w nich, a ja swoimi rękami jeździłem po udach dziewczyny. Brązowooka przyciągnęła mnie bliżej siebie za koszulę i owinęła swoje nogi wokół pasa. Podniosłem ją i zacząłem kierować się w stronę sypialni Castillo. Violetta zaczęła rozpinać moją koszulę nie odrywając się ode mnie. Kiedy byłem przy odpowiednich drzwiach otworzyłem je popychając nogą i weszłem do środka, rzuciłem drobną szatynkę na łóżko. Rozpiąłem do końca koszulę i chwilę potem leżała na ziemi. Zawisłem nad dziewczyną i dalej ją całowałem powoli schodząc do szyi. Wróciłem do ust Castillo i pieściłem je rozpinając jej koszulę. Nagle usłyszałem dźwięk telefonu. Cholera.
- Misiu odbierz. - oznajmiła z powrotem zapinając koszulkę.
- No dobra... - odpowiedziałem sięgając do kieszeni spodni.
L: Halo?
F: Stary mam extra plan.
L: Na co?
F: No na urodziny Violetty.
L: Cicho siedź później zadzwonię.
F: Ale czemu?
L: Jestem u Vilu.
F: Aaaa... Ok to nara.
L: Cześć.
Zakończyłem połączenie i wsadziłem urządzenie do kieszeni spodni, podniosłem z ziemi koszulę w zieloną kratę i założyłem na siebie z powrotem zapinając guziki. Zauważyłem, że Castillo mi się przygląda z zaciekawieniem.
- Czemu mi się tak przyglądasz? - zapytałem unosząc jedną brew do góry.
- Yyy... - zacięła się haha. - no, bo ten no... Ciekawi mnie z kim rozmawiałeś. - ,,wytłumaczyła się". Ta już ci wierzę...
- Z Fede. - odpowiedziałem.
- A o czym? - kurwa mać znowu muszę jej nakłamać.
- Chciał się spotkać, ale powiedziałem mu żeby zadzwonił później. - wymyśliłem coś na szybko. Chyba uwierzyła...
- Jak chcesz to możesz z nim się spotkać. - powiedziała z bladym uśmiechem.
- Nie chce mi się, wolę ten czas spędzić z tobą. Może jutro. - powiedziałem uśmiechając się.
Nie powiem jej, że szykuję dla niej niespodzianki z okazji urodzin.
- Okej. To co robimy? - posmutniała. Kotek nie smutaj... Ty jeszcze nie wiesz co dla ciebie jutro szykuje.
- O cholera! Nasza pizza! Chodź! - krzyknąłem i złapałem szatynkę za rękę ciągnąc w kierunku schodów, a potem kuchni.
- Uff... Nie spaliła się... - odetchnąłem z ulgą.
- Kochanie gdyby się spaliła zamówilibyśmy z Pizzerii. - zaśmiała się. moja mina musiała być w tym momencie przekomiczna.
- Hahahahahahahaha! - zaczęła się ze mnie śmiać. Po krótkiej chwili sam do niej się dołączyłem.
Śmialiśmy się dobre 10 minut, aż w końcu Violetta postanowiła się ogarnąć,
- Dobra koniec! - krzyknęła szatynka.
- Okeeeej! - krzyknąłem dalej się śmiejąc.
- Ugh... Czy ciebie zawsze trzeba tak uciszać? - obróciła się do mnie przodem i wbiła się w moje usta. Och uciszaj mnie tak zawsze...
Całowaliśmy się tak puki nie zabrakło nam powietrza.
- Będziesz już cicho? - zapyta uroczo się uśmiechając.
- Jasne. - odwzajemniłem jej uśmiech.
*** Następny dzień ***
Leon
Wstałem rano, wykonałem poranne czynności i ruszyłem z ręcznikiem zawiązanym w pasie do mojej szafy. Dzisiaj jest ten dzień. 18 grudzień... Czyli urodziny Violi... Wybrałem jeansową koszulę i czarne rurki, założyłem czarne bokserki i wybrane ubrania. Zeszłem na dół i zrobiłem sobie kanapki z pomidorem, po czym zacząłem konsumować. Wróciłem na górę i ruszyłem do łazienki układać moje włosy.
Po 20 minutach były miej więcej w ładzie. Umyłem zęby, zeszłem po schodach do przedpokoju i założyłem granatowe, krótkie Conversy. Zakluczyłem drzwi i ruszyłem w stronę tymczasowegp domu mojej dziewczyny i jej przyjaciółek.
Po 5 minutach byłem na posesji Francesci. Tak jeszcze tam mieszkają dziewczyny, 21 grudnia przeprowadzają się do wyremontowanego domu Violi...
****
Hejka <3
Witam was w ten piątkowy wieczór ^^
Przepraszam, że w tamtym tygodniu nie było rozdziału :c
Nie miałam weny i było strasznie dużo nauki... Chyba rozumiecie... Tak więc jeszcze raz przepraszam! Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba ;DD
Kocham
Całuję
Pozdrawiam ;*
Ally ♥♥♥
CZYTASZ = KKOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ




